sobota, 27 września 2014

Yongguk x Jieun B.A.P & Secret

Tytuł:”Don't look at me...”
Bohaterowie: Bang Yong Guk (Yongguk), Song Ji Eun (Jieun).
Pairing: Yongguk x Jieun
Gatunek: One shot, Rating – R, Dramat, Droubble.
Zespół: B.A.P & Secret



     Nie patrz na mnie w ten sposób... Mam związane ręce. Nie patrz tak na mnie, bo czuję jak zaczyna boleć mnie serce. Nie chcę więcej cierpieć, słyszeć odmowy. Raz jesteś, raz znikasz. Nie daję sobie rady. Powiedz mi co jest nie tak. Nauczyłeś mnie co to miłość, a teraz znikasz w ciemności. Stoję w miejscu, nie mogę się ruszyć. Czemu tak na mnie patrzysz I nic nie mówisz. Ta cisza mnie boli. Kolejne dni błądzę bez dźwięków. Powiedz mi dokąd mam iść. Nie ma cię przy mnie, a ludzie kryją swoje uczucia pod maskami I szydzą ze mnie. Wróć, mów, czuj, płacz. Chcę znowu widzieć twoją twarz. Nie mam już siły, by uronić kolejne łzy, nie mam już siły na krzyk. Dlaczego właśnie ja? Już nie patrzysz na mnie... nawet w tamten sposób. Nie umiem sobie poradzić z takim stanem rzeczy. Chcę znowu zacząć się uśmiechać, chcę znowu poznać te lepsze uczucia. Mam związane ręce I kręcę się w kółko. To mnie pochłania. Pogrążam się w ciemności. Monotonny dzień – znów o tobie myślę, chcę wiedzieć co u ciebie. Mam związane ręce, jednak ciągle się staram... Staram się nie stracić zmysłów, nie płakać tak jak będę płakać zaraz... Ratuj mnie.

środa, 24 września 2014

Tao x Kris 6 (TaoRis) EXO

Tytuł:”The only one...”
Bohaterowie: Wu Yi Fan (Kris); Huang Zitao (Tao)
Pairing: Tao x Kris
Gatunek: One shot, Rating – G, Romans, Dramat, Short.
Zespół: EXO


     -Pamiętasz jak się poznaliśmy? - Kris nagle spytał Tao, siadając po turecku na łóżku. Młodszy w tym czasie zrobił kilka kroków w stronę okna i spojrzał na gwiazdy.
     -Pamiętam dokładnie... kolor twoich ubrań, to jak się czułeś, jak się uśmiechałeś... - odparł, przełykając ciężko ślinę.
     -A wiesz, że tamtego dnia, kiedy cię zobaczyłem... - urwał nagle, spuszczając głowę.
     -Noo?... - Tao usiłował wycisnąć z niego resztę zdania.
     -Zakochałem się... - wyszeptał – może to głupie, ale po prostu się zakochałem. - Dodał już głośniej. Po policzku Tao popłynęla pojedyncza łza. - Uciekałeś tyle czasu, po prostu uciekałeś, zostawiłeś mnie i mimo tego, że się po prostu bałeś, to bolało. - Oznajmił, spoglądając ponownie na chłopaka.
     -Musiałem. - Odparł stanowczo, podpierając się ręką o parapet.
     -Wymówka. - Skontrował szybko Kris, zagryzając dolną wargę. - Wymówka, żebyś nie czuł się z tym źle. - Starszy zaczął swoje psychologiczne wywody. - Chciałeś poczuć się lepiej, tłumacząc sobie, że oddajesz mnie w lepsze ręce. - Wziął głęboki oddech. - Jak myślisz, skoro cię kocham, to jakie mogą być te „lepsze ręce”? - Spytał, ciągle oczekując jakiejkolwiek reakcji. - Jak myślisz? Z kimś innym byłoby tylko coraz gorzej, chociaż nawet i bez takiego kogoś jest źle, bo brakowało mi ciebie. - Kontynuował. - Powiedziałem ci wszystkie moje sekrety, opowiedziałem o każdym lęku... o wszystkim co pozostawiłem. Dalej uważasz, że nie jesteś właściwą osobą? - Chłopak zacisnął ręce w pięści. - Może i byłem samolubny w tej miłości, ale wiesz jaki jestem... Upadłem, nie czułem – nie żyłem... - Wyrzucił na koniec, zanim porządnie popłynęły łzy. Tao nie mógł tak dłużej czekać, nie umiał już po prostu się nie odzywać, widział że rani tym starszego, widział jak bardzo cierpi, jak traci grunt. Obrócił się szybko i podszedł czymprędzej do Yifana.
     -Ale ja cię kocham... - wyszeptał, siadając na łóżku – kocham cię... kocham po stokroć. - Mówił dalej. - Przy tobie jestem szczęśliwy, w końcu naprawdę szczęśliwy... - jego głos się łamał. - Ja nie umiem inaczej... Zawsze uciekałem – z pojedynczej łzy zrobił się potok, blade policzki nabrały rumieńców, skóra pod oczami zrobiła się sina, usta także. - Z-zawsze uciekałem... - zająknął się, a w tej samej chwili w pasie chwycił go Kris, po czym przyciągnął do siebie.
     -Już cicho. - Wymamrotał kładąc się, a Tao wtulił się w jego tors. - Huang Zitao, pamiętaj do końca życia, że jesteś dla mnie najważniejszy... może zrozumiałem to późno, chociaż nie tylko ja, ale nie wyobrażam sobie żebym miał cię teraz stracić. - Wplutł palce w jego włosy. Nie odchodź nigdy więcej, bo tego nie przeżyję... - wyszeptał, całując blondyna w głowę. - Rozumiesz? - Spytał, bardziej spokojny. W końcu poczuł bliskość ukochanego, ciepło jego ciała, mógł otrzeć jego łzy. Odpowiedzią na jego pytanie stała się cisza, nieprzenikniona, odbijająca się echem, przerażająca. Jednak była taka tylko przez sekundy. Spokojny oddech, równomierne bicie serca... zasnął.

     -Dobranoc, Zitao. Jesteś tym jedynym.- Wyszeptał na koniec i ruszył za chłopakiem do krainy Morfeusza.  


sobota, 13 września 2014

Soohyun Kim & Panna Macabre

Tytuł:”Born to fly...”
Bohaterowie: Kim Soohyun & Panna Macabre
Pairing: brak
Gatunek: One shot, Rating – R, Dramat, Przypowieść, Short.
Zespół: brak


     Istota naiwna, kiedyś może i nawet niewinna. Pełna nadziei i marzeń, zdolna do wielu wyrzeczeń i cierpienia. Taki byłem, taki w dalszym ciągu jestem.
     Urodziłem się, by latać. Pamiętam kiedy mi o tym powiedziano i jedynie potwierdzono sens mego istnienia. Latanie... gdziekolwiek poniosą cię białe skrzydła, ponad puchem chmur, w promieniach słońca, w lekkim podmuchu wiatru... Piękne czasy, kiedy żyło się beztrosko i bez jakiegokolwiek zmartwienia o drugiego człowieka. Bez szczególnych uczuć, bez człowieczeństwa, bo wiecie... ja nie urodziłem się człowiekiem. Jestem Aniołem, jestem białym duchem, jestem wiatrem, jestem blaskiem, jestem twoim oddechem, jestem miłością, jestem śmiercią, jestem wszystkim, jestem niczym. Możesz nie zgadzać się z moją historią, jednak chciałbym opowiedzieć ci, co takiego przeżyłem. Fizyczny ból to nic, w porównaniu z tym, co może dziać się w ludzkiej głowie. Bo jeśli pamiętacie... był sobie kiedyś Lew, który był dla mnie wszystkim, wtedy też wróciłem... Teraz także się tak zadziało, jednak coraz bardziej zaczynam wierzyć, że jestem już za stary, w końcu parę setek lat samo mówi za siebie... Niegdyś mogłem zrobić wszystko... Pewnego dnia, kiedy niebo zaczęło pękać od przesytu zła, próbowaliśmy uciec jak najdalej...
     Kiedy podłoże niebios się zapadło, przyszło mi wylądować na ziemi. Bardzo chciałem wrócić i żyć jak dawniej, jednak nie pozwolono mi. Powiedziano, że nie starałem się tak jak powinienem i zasłużyłem sobie na taki los. Od tego dnia ci z góry zaczęli nazywać mnie Upadłym Aniołem. Długi czas nie mogłem przyzwyczaić się do nowego imienia i prawie zerowego kontaktu z moją przeszłością, jednak musiałem w końcu to zaakceptować, bo przecież... odebrano mi skrzydła. Błąkałem się samotnie, skradziono mi kolejną rzecz, a mianowicie wyrwano moje serce prosto z piersi i porzucono, by Przeklęci zrobili ze mną co chcieli. Do tego także doszło, bez skrzydeł i serca nie miałem jak się bronić.
     Nawet ludzie wykluczyli jego człowieczeństwo, patrząc jak się zmienia. Stara polana stała się jego domem. Leżał tam całymi dniami i nocami, jego skóra taka blada, jakby krew nie płynęła w jego żyłach, jego skóra taka zimna, a oczy pociemniały, niczym niebo w dzień porzucenia. Nazywano go kreaturą... Upadłym z nieba. Przez jakiś czas Lew zwrócił mu trochę życia, nawet skrzydła wrociły na swoje miejsce, jednak nie trwało to długo. Nie czuł już kompletnie nic, czy to miłości, potrzeby kochania, zimna, ciepła, bólu. Został Przeklętym.
     I przyszła któregoś dnia, kiedy słońce przysłoniły chmury. Panna w płaszczu, twarz okryta cieniem.
     -”Uciekaj... nie patrz za siebie.... uciekaj.” - rzekła tyle i stała tak kilka dni, cieniem spod kaptura, skierowanym na niego. I stała tak kilka dni, kołysząc się w rytm wiatru, odganiając promienie słoneczne. I stała tak kilka dni, a w jego głowie echem odbijał się jej skrzeczący głos. - „Jestem Macabre... Jestem Śmiercią... Jestem Wszystkim... Tak jak ty jestem niczym....” - I stała tak kilka dni, oddychając ciężko, świecąc żółtymi ślepiami, które ukazała po czasie. I stała tak nad nim kilka dni...
     Po kilku kolejnych dniach nic się nie zmieniło, ona dalej tam była. Patrzyłem bez wyrazu w niebo, wszystko straciło sens, nie miałem siły się ruszyć, czułem że odpływam. Czekała na mnie druga strona rzeki... usłyszałem na koniec jedynie powtarzający się, denerwujący głos Macabre: „Jestem TOBĄ.”.
    Wtedy to się stało... pojawił się dziwny cień, niczym nocna mara. Delikatnie musnęła moją martwą skórę. Przeszedł mnie dreszcz. Jakby to był jakiś znak, albo po prostu moje przekleństwo. To był czas, kiedy znowu stanąłem w miejscu, na które spadłem. I wszystko zaczęło się od nowa. Przeznaczone mi było znowu pałętać się w samotności, może odnaleźć serce... A przecież... zostałem stworzony do latania...